Luna miała bladą, wręcz srebrzystą skórę i bardzo długie, kasztanowe włosy. Pochodziła z małej wioski na skraju świata, ale nie była jak inne dziewczyny z tamtej okolicy. Uwielbiała biegać boso po polanach, szczególnie nocami, gdy mogła w samotności podziwiać swoją moc. Wyciągała swe ręce przed siebie, a na jej pięknych dłoniach, zwieńczonych długimi, smukłymi palcami, pojawiało się srebrzyste jak jej cera, światło. Widok ten zapierał dech w piersiach.
Ale kiedyś, dawno temu, samotność zaczęła doskwierać dziewczynie. Coraz częściej rozpalała ogień, ale jej smutne oczy, posępnie patrzyły w dal gdzie nigdy nikogo nie było. Wszystkie zuchwałe dziewczyny, wolały biesiadować i opowiadać sobie nawzajem historie, niekoniecznie prawdziwe; samą Lunę uważały za dziwaczkę. Dziewczyna wolała nie wiedzieć co by powiedziały gdyby wiedziały o jej nadprzyrodzonej zdolności.
Dlatego właśnie się to stało.
Luna oczywiście spędzała mnóstwo czasu ze swoimi rówieśnikami. Pewnego dnia dostała zaproszenie na przyjęcie. Poszła ponieważ chciała chociaż na chwilę pozbyć się swej samotności. Rozpuściła swe piękne włosy. Wiatr wplótł się w nie i zatańczył z nimi w powietrzu. Wydawało się że podrze jej delikatną, jasną suknię, ale ją również porwał na niewidzialny parkiet. Luna pospieszyła na uroczystość ciemną dróżką, oświetlając ją swym srebrnym płomieniem na dłoni. Po tylu latach praktykowania tego efektu, dziewczyna z wyjątkową łatwością odpalała go i gasiła, zmniejszała i powiększała; potrafiła już nawet oddzielać go od siebie na niewielkie odległości i patrzeć na niego jakby był czymś niezwiązanym z nią. Czasem nawet, prowadził ją sam w wyjątkowe miejsca, niewidoczne dla oczu innych.
Gdy weszła do sali, usłyszała ciche odgłosy zachwytu pozostałych gości i czuła na sobie mnóstwo spojrzeń. Ale inni wiedzieli kim ona jest. Raz nawet doszło do jej uszu stłumione "TO TA DZIWACZKA", jednak nie miała odwagi odwrócić się i zobaczyć kto był właścicielem przykrej uwagi. Stała w kącie przez cały czas i z nikim nie rozmawiała. Nie tak wyobrażała sobie ten magiczny wieczór. I wtedy przyszedł on. Od razu go zobaczyła. Chłopak w którym się zakochała. I nawet do niej podszedł. Rozmawiali przez cały wieczór. Dzięki niemu, zapomniała o całym świecie, o tym że nikt nigdy jej nie zrozumie i że nigdy nie miała i nie będzie mieć prawdziwych przyjaciół. Ale wiedziała że on by zrozumiał, że jest inny.. Postanowiła mu wszystko powiedzieć, zaczynając od tego co do niego czuje.. i właściwie na tym skończyła. Chłopak naprawdę ją lubił i bardzo nie chciał jej zranić, ale.. sam był zakochany. Musiał powiedzieć Lunie że bardzo mu przykro.. i przyjęła to ze spokojem. Zataiła , że bardzo ją to zabolało. Starała się nie pokazywać rozpaczy nikomu, a szczególnie jemu. Nie miała do niego żalu, rozumiała. Tylko że ten ból był nie do zniesienia. Rozsadzał ją od środka; czuła jakby umierała. Wiedziała, że to uczucie było pierwszym w jej życiu więc i miało niesamowitą moc. Tak bardzo zaczęła cierpieć; nikt nigdy nie był w stanie opisać jej cierpienia. Jej wrażliwość bardzo została dotknięta tym nieszczęściem, poczuła ogromny smutek i pustkę w sercu. Czuła jak coś w niej pęka, jak ją to niszczy.
Wyszła na zewnątrz; wiatr zaczął powiewać jej włosami i suknią w jedną stronę, jak chorągiewką. Stała tak, z wysoko uniesioną głową i patrzyła na ciemne niebo ze łzami w oczach. Była piękna. Chłopak wyszedł z sali i podążył za nią. Przystanął, aby się rozejrzeć. Stała kilka metrów przed nim, odwrócona plecami. Na ciemnym niebie połyskiwało kilka punktów. Nagle jej skóra, wydała mu się bardziej srebrzysta niż zwykle. Odwróciła się do niego. Stała tak, powiewana przez wiatr, z niewysłowionym bólem w oczach. Przeszywał każdego kto by w nie wtedy spojrzał. A jej skóra stawała jej coraz jaśniejsza. Dziewczyna mieniła się, jej ciało było coraz bardziej srebrzyste, a ból w oczach coraz większy. Przez moment jej blask stał się tak oślepiający ,że chłopak musiał odwrócić głowę. Nagle usłyszał dźwięk; jakby miliardy szkieł zaczęły pękać. Kiedy blask odrobinę osłabł, spojrzał w jego źródło. Dziewczyna w formie mnóstwa świecących punktów, zaczęła się unosić w górę. Wzniosła się wysoko ponad zasięg każdej żywej istoty, tak daleko że żaden Find, ani Człowiek nie mógł tam sięgnąć. Prawie każdej nocy, od tamtej pory można zobaczyć w tym miejscu, na niebie, srebrzystą, jak skóra Luny, kulę. A gdy się przypatrzysz zobaczysz na kuli obraz. Ostatnie wspomnienie, popiersie Luny, z rozwianymi włosami i smutnymi oczami wpatrującymi się w chłopaka. Od jej imienia pochodzi łacińska nazwa księżyca. Ale w języku Findów Luna oznacza nie tylko księżyc; również miłość. Miłość, której tak bardzo pragnęła Luna, a teraz swoim blaskiem wskazuje ją innym..
***
Dotyk Gambiego wyrwał Sewię z zamyślenia. Spoglądała na księżyc, na obraz Luny i odtwarzała w pamięci mit o jego powstaniu, legendę o dziewczynie. Według jej babci, Luna była Findem jak one. Uważano ją za symbol pierwszej, czystej i nieskazitelnej miłości, symbol światła wskazującego drogę. Sewia nie znała zbyt wielu chłopaków. Ewre jej się spodobał, ale doszła do wniosku że nie było to nic w porównaniu do uczucia Luny.
W lesie panował półmrok, dlatego dziewczyna była nieco zdenerwowana. Ciemność miała zapaść niedługo, a ona nie do końca wiedziała gdzie jest; poza tym nie napotkała po drodze żadnych śladów po jej przyjaciołach. Gambie również był napięty i co jakiś czas prychał, kaszlał i kichał w kieszonce plecaka. Nie był zainteresowany stąpaniem bo nieznanej ziemi. Maszerowali już kilka godzin, ale młodą dziewczynę nie opuszczały siły. Na wszelki wypadek zapakowała mnóstwo liści Perfii. Jedynym problemem byłby brak wody i możliwości jej zagotowania. Przed nimi rozpościerała się ubita ścieżka, dzięki czemu nie martwili się że mogą się zgubić. Mimo tego, w dalszym ciągu mapa którą Sewia znalazła w plecaku, nic im nie mówiła. 'W co ja się wpakowałam" przeszło jej kilka razy przez myśl, gdy obracała nieporadnie skrawkiem zniszczonego papieru z nakreślonymi dróżkami.
Księżyc był w pełni, dlatego z łatwością moźna było dostrzec Lunę. Jej włosy udawały że falują na wietrze sprzed tysięcy lat. Blask kuli rzucał cień na ogromne konary drzew, które układały się w rozmaite kształty. Niekiedy były przerażające i przypominały dziwne stwory, takie które Sewia widziała kiedyś w książeczce- prezencie na piąte urodziny. Nigdy nie zastanawiała się skąd babcia brała wszystkie rozmaitości dla niej. Gambie zasnął gdy tylko poczuł że ogarnia ich wieczorny chłód, ale Sewii bardzo zależało na czasie dlatego ubrała ciepły brunatny sweter i ruszyła natychmiast w drogę.
W pewnym momencie siły zaczęły opuszczać dziewczynę. Szła jednak dzielnie i starała się dotrzeć do jakiegoś bezpiecznego miejsca, gdzie mogłaby wraz z jeżem przeczekać noc, ale nic takiego sie nie pojawiało. Maszerowali bez ustanku, a Sewia zaczęła tracić ochotę na dalszą przygodę. Nogi powoli odmawiały jej posłuszeństwa. Dziwiło ją że nie spotkała po drodze Afei i Ewrego. Przy jej tempie już dawno powinni na nich trafić, tymczasem nic takiego się nie stało, a dziewczyna odmawiała sobie odpoczynku, żeby tylko dogonić chłopaków. I wtedy przyszła jej myśl.. przecież oni mogli skręcić na ścieżkę ,której ona mogła nie zauważyć!
Oczy same jej się zamykały, obraz rozmywał przed oczami a nogi stawiały kroki według swojego uznania. Dlatego Sewia w pewnym momencie straciła równowagę i z rumorem wpadła w krzaki przy ścieżce. Oprzytomniała. Coś jej nie pasowało. Gdy zdjęła nogi ze ścieżki księżyc zniknął, a przecież drzewa nie mogły nagle urosnąć i go zasłonić. Stanęła z powrotem na dróżce i wtedy oślepił ją blask księżyca. Nie było żadnego BUM, TSZZZ, PFFFY.. Po prostu pojawiał się i znikał, jakby to było coś oczywistego i najzwyklejszego. Sewia zaczęła iść dalej. Liczyła że jakimś cudem pośród niezliczonych drzew i roślin, wyrośnie gdzieś za chwilę właz w którym mogłaby przenocować. Niestety, nic z tego. Krajobraz ani trochę się nie zmienił, choć Sewia straciła rachubę czasu i nie wiedziała czy szuka schronienia od pięciu minut czy od godziny. Więc szła, szła, szła i... przed nią pojawił się jakiś stary, podziurawiony mur porośnięty mchem. Dziwne że go zobaczyła.. wyglądał jak ciasne zbiorowisko drzew, jak czarna ściana. Postanowiła że ułoży się w pozostałości kąta; najwyraźniej stał tu kiedyś jakiś okazały budynek. Teraz żył w symbiozie w fauną i florą.
Tej krótkiej nocy, Sewię dręczył dziwny sen. Szła ścieżką, a przed nią srebrzysta dziewczyna. Prowadził je srebrzysty ognik. Nagle Sewia usłyszała trzask za sobą. W ciemności dostrzegła tylko jakiś kształt. Odwróciła się ,ale ani Luny, ani światełka nie było, za to ogarnęła ją nieprzenikniona ciemność. Spojrzała znów za siebie. Ku jej zdziwnieniu było widno, a kilka metrów przed nią stał uśmiechnięty, niski i bardzo zgarbiony człowieczek. Może był Findem.. Pomachał jej i nerwowo zaprosił do chatki, która ni stąd ni zowąd wyrosła tuż koło niego. Sewia usłyszała tylko "Nareszcie jesteś" i weszła do przytulnej chatki. A potem okazało się że nie jest już w chatce. Znów ogarnęła ją ciemność. Usłyszała chrapanie. Podeszła bliżej. Na ziemi pod głazem spali Afei i Ewre. Zbliżyła twarz do twarzy Afei. Nagle chłopak otworzył oczy i złapał ją za ramię. Sewia krzyknęła. W tym momencie wyrosła przed nią ogromna i piękna sala, z ozdobionym sufitem, wielkimi oknami z witrażami i czerwonym dywanem po środku. Zamiast Afei, przed Sewią stała śliczna kobieta, w długiej świecącej sukni, z upiętymi blond włosami i lśniącym diademem. Trzymała ją za ramię i ze smutnymi oczami powiedziała "Tak właśnie, niedługo może zniszczyć to wszystko. Dziękuję że nam pomożesz Sewio. Lecz od teraz Ciemność i Ciebie widzieć będzie." i nagle usłyszała ryk. Coś potężnego się zbliżało, ale ani kobiety ani wytwornej sali już nie było. Znów ciemność i ten ryk..
Otworzyła oczy.. nadal było ciemno, ale przed nią stała odwrócona plecami Luna.